Śmierdząca trzydziestka.

Jakkolwiek nie definiować dorosłości, cóż, mam to wszystko. Hipotekę, stałą pracę, stałego męża i nawet stałe dzieci (choć póki co w liczbie pojedynczej).
Dorosłość rozgościła się tu dawno, dawno temu, a ja głupia wciąż się oszukuję, że układ z Bogiem o niestarzeniu się wciąż mam aktualny.
Wszystko fajne, kolorowe i na zamówienie, tylko czemu ta dorosłość musi tak cholernie śmierdzieć samotnością? Partnerzy zwykle się mijają, bo przecież praca-bo rachunki-bo kredyt etc. No to dużo pracujemy.
Wszystkie baby porodziły dzieci z masą obowiązków w pakiecie i nawet o regularne rozmowy telefoniczne trudno, co tu dopiero mówić o spotkaniu. A jeśli już to w klubodzieciarni, a wśród wrzasków nie pogadasz o porywach serca…
Na nić porozumienia ze starszym pokoleniem w ogóle bym nie liczyła, cóż, może mam pecha. Różnice światopoglądowe z góry zakładają niepowodzenie konwersacji, a nie o to chodzi w zwierzeniach, by wystawiać się świadomie na strzał krytyki.
Bycie żoną twardo stąpającego po ziemi realisty, co za żadne skarby świata romantycznymi bzdurami rąk sobie nie brudzi, też nie ułatwia.
I tak odkładasz sobie na później myśli, że tak bardzo pragniesz i marzysz, że tęsknisz i wciąż masz nadzieję, na Coś. To niesamowite coś, bo wspomina się na starość gdy nic innego już nie pozostaje. Nie było? Było, nie raz ale przecież człowiek istotą nienasyconą, zawsze chce więcej. Smak blednie, zapach się rozwiewa i należy przypomnieć ciału i duszy jak dzikie mogą być.
Pod warunkiem że znajdzie się czas między obiadem i placem zabaw.

.

Moment jest fatalny. Wszystko widzę w czarnych barwach, lęk mnie zjada po kawałku.
Jestem zła na siebie i cały świat. Powinien tu być i przytulić, przegonić złe myśli i sny. A jestem sama. Jeszcze nigdy nie byłam tak sama…
To sprawia że jestem kiepską mamą (może zawsze byłam, a potrzebowałam jedynie sprzyjających ku temu warunków), wyglądam beznadziejnie i nie mam ochoty nic z tym zrobić, a czasu jest na zmianę za mało i za dużo.

Jesień tuż, tuż. Nie mogę się doczekać kiedy minie to cholerne lato.

Jestem zmęczona…

Wyznanie wiary – prawo karmy

Czy na pewno doceniamy to co mamy?

ile znaczy dla nas zdrowie i bliscy ludzie?

jak okazujemy wdzięczność za wszystko? bo przecież każdy z nas dostał bardzo dużo.

W ostatnich latach bardzo oddaliłam się od Boga, nie zgadzam się z praktykami kościoła ale jedno jest niezmienne – kiedy jest mi bardzo, bardzo źle modlitwę zaczynam od: „dziękuję za…”

Czuję się też zobligowana by trochę dobra przekazać dalej, może się to objawiać w różnych formach; bycie miłym dla obcych, udzielanie pomocy gdy jest się o to proszonym, dzielenie się dobrami materialnymi, robienie czegoś dla kogoś bezinteresownie.

Każda forma jest świetna bo daje nam szansę na wyrównanie rachunku.
Jeśli dostajesz dużo, musisz też coś dać, postępujesz źle, również spotka cię wiele przykrości.

Nie wiem czy wszechświat kieruje się takimi właśnie regułami ale chcę wierzyć, że tak.
A ty w to wierzysz?